Dobra córka. Karin Slaughter

admin
Dodał admin Październik 10, 2017 16:36

Dobra córka. Karin Slaughter

Dwadzieścia osiem lat temu matka Charlotte i Samanthy została zamordowana na ich oczach. Żadna z dziewczynek nigdy nie zdradziła, co jeszcze wydarzyło się podczas brutalnego napadu na ich dom. Tragiczne wydarzenie zniszczyło więzi rodzinne, każda z sióstr poszła swoją drogą. Samantha robi karierę w Nowym Jorku, Charlotte prowadzi kancelarię w rodzinnym miasteczku. Życie płynie dalej, ale nagle wszystko zaczyna iść źle. Charlotte jest świadkiem dwóch brutalnych morderstw, które wstrząsają lokalną społecznością. Angażuje się w sprawę, nie podejrzewając, że przy okazji odkryje całą prawdę o rodzinnej tragedii sprzed lat. Siostry muszą połączyć siły, by raz na zawsze zamknąć tamten rozdział życia.

KUP KSIĄŻKĘ

 

Fragment

Uciekaj, Sam błagała Charlie w myślach. Nie oglądaj się, czy biegnę za tobą.
– Co to? – zapytał Zach.
Wszyscy się odwrócili.
– Samochód – powiedziała Charlie. Sam widziała tylko dwa punkty światła wolno sunące podjazdem w stronę farmy.
Człowiek szeryfa? Ktoś, kto odwoził tatę do domu?
– Cholera, zaraz zobaczą moją furgonetkę. – Zach popchnął je strzelbą w kierunku lasu. – Ruszajcie się szybciej albo zastrzelę was tutaj.
Tutaj.
Charlie zamarła. Zaczęła dzwonić zębami. W końcu dotarła do niej groza sytuacji. Zrozumiała, że idą na śmierć.
– Można to inaczej załatwić – odezwała się Sam. Zwracała się do Trampka, ale to Zach parsknął pogardliwie. – Zrobię wszystko, czego chcecie. – Słyszała w uszach głos Gammy, mówiący te słowa wraz z nią. – Wszystko.
– Myślisz, że i tak nie wezmę sobie tego, czego chcę, głupia suko? – powiedział Zach.
– Nie zdradzimy, że to wy – nie rezygnowała Sam. – Powiemy, że mieliście na twarzach kominiarki i…
– Z moim wozem na podjeździe i waszą martwą mamuśką w domu? – Zach znowu parsknął. – Wy, Quinnowie, macie się za bystrzaków, którzy gadką wywiną się ze wszystkiego.
– Niech pan posłucha – ciągnęła błagalnie Sam. – I tak musi pan wyjechać z miasta. Nie ma powodu, żeby nas zabijać. – Zwróciła głowę w stronę Trampka. – Pomyśl o tym. Proszę. Wystarczy, że nas zwiążecie. Zostawcie nas tam, gdzie nikt nas nie znajdzie. I tak będzie pan musiał uciec z miasta. Chyba nie chce pan mieć jeszcze więcej krwi na rękach… – Urwała i czekała na odpowiedź.
Wszyscy czekali na odpowiedź.
Trampek chrząknął.
– Przykro mi – wykrztusił w końcu.
W rechocie Zacha rozbrzmiały nuty triumfu.
Sam nie dawała za wygraną.
– Puśćcie moją siostrę. – Musiała przerwać na chwilę, żeby przełknąć ślinę. – Ona ma zaledwie trzynaście lat. To jeszcze dziecko.
– Nie wygląda jak dziecko. Ma już niezłe cycki – rzucił Zach.
– Zamknij się – warknął Trampek. – Nie żartuję.
Zach cmoknął kilka razy.
– Ona nikomu nie powie. – Sam musiała próbować dalej. – Powie, że to byli nieznajomi. Prawda, Charlie?
– Czarnuch? – zapytał Zach. – Jak ten, którego wasz tatuś uratował od odsiadki za morderstwo?
– Tak jak uratował ciebie przed więzieniem za pokazywanie fiuta małym dziewczynkom? – wyrzuciła z siebie Charlie.
– Bądź cicho, proszę cię – błagalnie powiedziała Sam.
– Niech mówi. Podoba mi się, że jest taka bojowa – stwierdził Zach.
Charlie zamilkła. I milczała dalej, gdy szli w stronę lasu.
Sam szła tuż przy siostrze. Łamała sobie głowę nad argumentem, który przekonałby tych zbirów do odstąpienia od zamiaru zrobienia im krzywdy. Niestety Zach Culpepper miał rację. Jego furgonetka zaparkowana obok domu zmieniła wszystko.
– Nie – szepnęła Charlie sama do siebie. Robiła to przez cały czas, dając ujście sporowi, jaki toczył się w jej głowie.
Biegnij, błagała ją Sam bezgłośnie. Mną się nie przejmuj.
– Ruszaj się. – Zach pchnął ją w plecy lufą strzelby, żeby przyśpieszyła kroku.
Sosnowe igły wbijały się w stopy. Wchodzili głębiej w las. Powietrze stało się rześkie. Sam zamknęła oczy. I tak nic nie widziała. Całkowicie zdała się na Charlie. Towarzyszył im szelest liści. Przestąpiły kilka zwalonych drzew. Przekroczyły wąski strumień, prawdopodobnie był to odpływ z farmy do potoku.
Biegnij, Charlie, biegnij, powtarzała w duchu Sam. Błagam cię, biegnij.
– Sam… – Charlie zatrzymała się nagle i mocno objęła ją w pasie. – Tu jest łopata. Łopata.
Sam nie zrozumiała. Opuszkami palców dotknęła powiek. Były sklejone zakrzepłą krwią. Delikatnie je rozchyliła.
W srebrnej poświacie księżyca zobaczyła przecinkę. I coś więcej prócz łopaty. Kopiec świeżej ziemi obok dołu.
Jeden dół.
Jeden grób.
Skupiła wzrok na ziejącej w ziemi czarnej dziurze. To nie było włamanie ani próba wymuszenia anulacji długu u adwokata. Wszyscy wiedzieli, że po pożarze domu Quinnowie znaleźli się w tragicznej sytuacji finansowej. Spór z firmą ubezpieczeniową. Eksmisja z hotelu. Konieczność zakupów z sklepie z rzeczami używanymi. Zachariah Culpepper najwyraźniej założył, że Rusty zechce zasilić swoje konto, zmuszając klientów zalegających z zapłatą do uregulowania długów. I niewiele się pomylił. Poprzedniego wieczoru Gamma wykrzyczała w twarz Rusty’emu, że dwadzieścia tysięcy dolarów, jakie był im winny Culpepper, pomogłoby rodzinie odzyskać wypłacalność.
To oznacza, że wszystko sprowadzało się do pieniędzy.
I co gorsza – do głupoty, ponieważ zaległa należność nie zniknęłaby wraz ze śmiercią Rusty’ego.
Sam znowu poczuła przypływ wściekłości. Ugryzła się w język aż do krwi. Nie bez powodu Zachariah Culpepper ciągle wracał do więzienia. Jak przy wszystkich jego poprzednich przestępstwach, tak i przy tym plan był zły i źle przeprowadzony. Każdy pojedynczy błąd doprowadził ich w miejsce, w którym się znaleźli. Wykopali grób dla Rusty’ego, ale ponieważ Rusty się spóźnił – zawsze się spóźniał – a one dostały pozwolenie na opuszczenie treningu, ten grób miał stać się ich grobem.
– Dobra, chłopcze. Teraz ty się wykaż. – Zach oparł kolbę strzelby na biodrze, wyjął z kieszeni nóż sprężynowy i otworzył go jedną ręką. – Strzały będą za głośne. Weź to. Poderżnij jej gardło jak świni. – Jednak Trampek nie wyciągnął ręki po nóż, więc go ponaglił: – No rusz się. Rób, jak się umówiliśmy. Zajmij się tą większą. Ja biorę młodszą.
Trampek wciąż nie ruszał się z miejsca.
– Ona ma rację – oznajmił. – Nie musimy tego robić. Nie planowaliśmy skrzywdzić kobiet. Miało ich nie być w domu.
– Że co?
Sam złapała Charlie za rękę. Ich prześladowcy odwrócili od nich uwagę. Charlie mogła teraz uciec.
– Co się stało, to się nie odstanie. Ale nie musimy pogarszać sytuacji, zabijając następnych ludzi. Niewinnych ludzi.
– Jezu! – Zach zamknął nóż i schował go do kieszeni. – W kuchni już to ustaliliśmy, stary. Nie mamy wyboru.
– Możemy się ujawnić.
Zach złapał strzelbę.
– Co ty pieprzysz?
– To ja się przyznam. Całą winę wezmę na siebie.
Sam oparła się o Charlie, dając jej znać, że czas się ruszyć, jednak Charlie ani drgnęła.
– Już to widzę. – Zach huknął Trampka w pierś. – Myślisz, że dam się zamknąć za morderstwo tylko dlatego, że w tobie nagle obudziło się sumienie?
Sam puściła rękę Charlie.
– Biegnij – szepnęła.
– Nie wydam cię – powiedział Trampek. – Powiem, że to ja.
– W mojej furgonetce?
Charlie próbowała ująć dłoń siostry.
Sam cofnęła rękę, szepcząc:
– Uciekaj.
– Sukinsyn! – Zach wycelował strzelbę w Trampka. – Będzie tak: weźmiesz mój nóż i poderżniesz gardło tej suce albo zrobię ci pod sercem dziurę wielkości Teksasu. – Przestąpił z nogi na nogę. – I to zaraz.
Trampek uniósł rewolwer i wymierzył w głowę Zacha.
– Obaj się zgłosimy.
– Odsuń tę pukawkę ode mnie, zasrańcu.
Sam kuksnęła Charlie. Musiała się ruszyć. Miała tylko jedną szansę.
– Uciekaj – szepnęła błagalnym tonem.
– Najpierw zabiję ciebie, potem je – powiedział Trampek.
– Nie masz jaj, żeby pociągnąć za spust.
– Zrobię to.
Charlie nie ruszyła się z miejsca. Znowu zaczęła szczękać zębami.
– Biegnij. Musisz biec – mobilizowała ją Sam.
– Bogaty dupowaty chłoptaś. – Zach splunął na ziemię. Udał, że chce wytrzeć usta ręką, ale gwałtownie sięgnął po rewolwer Trampka.
Lecz Trampek spodziewał się tego. Odepchnął lufę strzelby, Zach stracił równowagę i runął na plecy, machając rękami.
– Biegnij! – Sam popchnęła siostrę. – Uciekaj, Charlie!
Charlie w końcu posłuchała. Rzuciła się do ucieczki. Sam ruszyła za nią, uniosła nogę, zgięła rękę…
Rozległ się huk wystrzału.
Z rewolweru wydobył się błysk.
Powietrze zawibrowało.
Głowa Sam odskoczyła tak gwałtownie, że w szyi coś trzasnęło. Ciało podążyło za głową, wyginając się nienaturalnie. Sam okręciła się wokół własnej osi jak dziecięcy bączek i runęła w ciemność niczym Alicja z Krainy Czarów wpadająca do króliczej nory.
„Wiesz, jaka jesteś ładna?”.
Stopami dotknęła jakiegoś podłoża. Poczuła, jak kolana amortyzują wstrząs.
Spojrzała w dół.
Pod rozcapierzonymi palcami stóp miała mokrą drewnianą podłogę.
Podniosła wzrok i zobaczyła w lustrze swoje odbicie.
W niewytłumaczalny sposób znalazła się z powrotem na farmie przy łazienkowej umywalce.
Za nią stała Gamma i obejmowała ją w pasie. W lustrze wyglądała młodziej i łagodniej. Miała uniesione brwi, jakby powątpiewała w coś, co właśnie usłyszała. To ta kobieta objaśniała nieznajomemu w sklepie spożywczym różnicę między rozszczepieniem jądra atomu a syntezą; to ona każdej Wielkanocy wymyślała skomplikowane wersje gry w poszukiwanie ukrytych przedmiotów.
Jakich wskazówek udzieli teraz?
– Powiedz mi – powiedziała Sam do odbicia mamy w lustrze – co mam teraz zrobić.
Gamma otworzyła usta, ale nie wydała z siebie głosu. Jej twarz zaczęła robić się starsza. Sam poczuła żal, że nigdy nie zobaczy, jak mama naprawdę się starzeje. Wokół ust Gammy pojawiły się zmarszczki, pod oczami kurze łapki. Zmarszczki przeszły w bruzdy. Siwizna oprószyła ciemne włosy. Podbródek się zaokrąglił.
Skóra schodziła płatami.
Z ziejącej dziury w policzku wystawały białe zęby. Włosy stały się tłustym białym kołtunem. Gałki oczne wysychały.
To nie był proces starzenia. Gamma ulegała rozkładowi.
Sam próbowała uciec. Osaczała ją woń śmierci: mokra ziemia, robaki kłębiące się pod skórą. Gamma przywarła rękami do twarzy Sam, zmuszając ją, żeby się odwróciła. Palce były już tylko wyschłymi kośćmi. Czarne zęby wyglądały jak żyletki, gdy Gamma otworzyła usta i wykrzyczała:
– Mówiłam, że masz stąd uciekać!
Sam próbowała złapać oddech i nagle się ocknęła.
Otworzyła oczy. Otaczała ją nieprzenikniona ciemność.
W ustach miała ziemię. Mokrą ziemię. Twarz miała zakrytą dłońmi. Czuła na nich swój ciepły oddech. Nagle coś usłyszała.
Szu, szu, szu.
Miotła. Zamiatanie.
Siekiera. Rąbanie.
Łopata zrzucająca ziemię do wykopanego grobu.
Grobu Sam.
Zakopywali ją żywcem. Ziemia ciążyła jej niczym metalowe wieko.
– Przepraszam – dobiegł ją przytłumiony głos Trampka. – Boże, wybacz mi.
Spadały na nią kolejne porcje ziemi, przygniatając klatkę piersiową. Czuła się jak w imadle, które za chwilę wyciśnie jej z płuc ostatnią porcję powietrza.
„Wiedziałaś, że Giles Corey był jedynym oskarżonym w procesie czarownic z Salem, którego zmiażdżono na śmierć głazami?”.
Łzy wezbrały w oczach Sam, spłynęły po policzkach. Stłumiła chęć krzyku. Nie mogła ulec panice. Nie mogła zacząć wrzeszczeć ani machać rękami, ponieważ i tak nie otrzymałaby pomocy. Oprawcy dobiliby ją kolejnym strzałem. Błaganie o życie tylko przyśpieszyłoby jej śmierć.
Gamma powiedziała: „Nie bądź głupia. Myślałam, że już ci minęła ta głupia faza nastoletniej skłonności do dramatyzowania”.
Sam ostrożnie odetchnęła.
Zaskoczyło ją, że powietrze powędrowało do płuc.
Mogła oddychać!
Dłonie zakrywające jej twarz utworzyły poduszkę powietrzną. Sam zacisnęła mocniej palce. Zwolniła rytm oddychania, żeby zachować na dłużej bezcenne powietrze, które jej zostało.
Charlie jej o tym powiedziała. Dawno temu. Sam przywołała obraz siostry w skautowskim mundurku. Ramiona i nogi jak patyki. Pogniecioną żółtą koszulę i brązową kamizelkę z naszywkami sprawności, jakie zdobyła. Przy śniadaniu czytała na głos podręcznik przetrwania:
Jeśli porwie cię lawina, nie krzycz ani nie otwieraj ust. Kiedy się zatrzyma, spróbuj ułożyć ręce przed twarzą i stworzyć poduszkę powietrzną.
Sam wysunęła język, starając się oszacować odległość dłoni od twarzy. Oceniła, że to nieco więcej niż pół centymetra. Spróbowała poruszyć palcami i powiększyć tę przestrzeń. Nie zdołała odsunąć ich od twarzy. Ziemia okalała jej ręce ściśle, niemal jak beton.
Starała się ustalić pozycję ciała. Nie leżała płasko na plecach. Lewe ramię było wciśnięte w ziemię, ale nie leżała też całkiem na boku. Biodra miała przekręcone w stosunku do ramion. Przez spodenki do biegania czuła oblepiający chłód. Prawe kolano miała zgięte, lewą nogę wyprostowaną.
Skręt tułowia.
Jak przy rozciąganiu. Upadając, jej ciało ułożyło się w znajomej pozycji.
Usiłowała przenieść ciężar ciała. Nie mogła poruszyć nogami. Spróbowała poruszyć chociaż palcami, potem łydkami. Napiąć ścięgna podkolanowe.
Nic.
Zamknęła oczy. Była sparaliżowana. Już nigdy nie będzie chodzić, biegać, poruszać się bez pomocy innych. Paniczny strach opadł ją niczym rój moskitów. Bieganie było całym jej życiem. Wokół niego wszystko się kręciło. Po co walczyć o ocalenie, skoro nigdy już nie będzie mogła używać nóg?
Wcisnęła twarz w dłonie, żeby stłumić krzyk.
Charlie nadal mogła biegać. Sam patrzyła, jak siostra ucieka do lasu. To ostatnia rzecz, jaką widziała przed postrzałem. Przywołała obraz pędzącej Charlie, która przebierała patykowatymi nogami niewyobrażalnie szybko, bez oglądania się za siebie, bez chwili zawahania.
Nie myśl o mnie, błagała ją w duchu. Wcześniej powtarzała to siostrze milion razy. Skup się na sobie i biegnij.
Czy udało jej się uciec? Czy ktoś jej pomógł? A może zerknęła przez ramię, żeby sprawdzić, czy Sam za nią biegnie, i zamiast niej zobaczyła lufę Zachariaha Culpeppera mierzącego jej prosto w twarz?
Albo jeszcze gorzej.
Sam natychmiast odsunęła od siebie tę okropną myśl. Zastąpiła ją optymistycznym scenariuszem. Charlie udaje się uciec, wzywa pomoc i pokazuje policji grób. Orientację w terenie odziedziczyła po mamie, nigdy nie błądziła i dlatego na pewno zapamiętała miejsce, gdzie zbiry pochowały jej siostrę.
Liczyła uderzenia serca, aż poczuła, że przestaje tłuc jej się piersiach jak szalone.
I wtedy poczuła w gardle łaskotanie.
Wszędzie miała ziemię – w uszach, w nosie, w ustach, w płucach. Nie mogła powstrzymać kaszlu. Otworzyła usta. Zakasłała, a nabierając powietrza, zassała do nosa więcej ziemi. Zakasłała drugi raz, potem trzeci. Za trzecim razem towarzyszył temu skurcz żołądka, gdy ciało napięło się jak do zwinięcia w kłębek.
Serce podskoczyło jej z radości.
Poczuła drgnięcie nóg.
Panika i strach odcięły połączenia nerwowe między mózgiem a mięśniami. Nie była sparaliżowana. To przerażenie pozbawiło ją czucia, póki nie zrozumiała, co się z nią dzieje. Teraz przerażenie ustąpiło miejsca euforii, gdy powoli odzyskiwała czucie w dolnych partiach ciała. Miała wrażenie, jakby wchodziła do wody. Najpierw bodźce dotarły do mózgu z palców u stóp, kiedy je rozcapierzyła i odrobinę rozgarnęła ziemię, co umożliwiło poruszenie stopami. A poruszywszy stopami, poczuła drobny ruch kostek.
Skoro mogła poruszać stopami, to czym jeszcze?
Napięła mięśnie łydek, by je rozgrzać. Poczuła palący ból w mięśniach czworogłowych i napięcie w kolanach. Skupiła całą uwagę na nogach, powtarzając sobie: mogę nimi poruszać, aż ciało wysłało informację zwrotną, że to prawda, że ma władzę w nogach.
Nie była sparaliżowana, miała więc szansę.
Gamma zawsze powtarzała, że Sam nauczyła się biegać, zanim nauczyła się chodzić. Nogi były najsilniejszą częścią jej ciała.
Mogła utorować sobie nimi drogę do życia.
Zaczęła wykonywać nieznaczne ruchy w przód i w tył, próbując przekopać się przez warstwę ciężkiej ziemi. Poczuła na dłoniach swój gorący oddech. Czyżby zużywała za dużo powietrza? Czy to w ogóle miało jakieś znaczenie? Raz po raz traciła świadomość tego, co robi. Poruszała dolną częścią ciała w jedną i drugą stronę. Czasem wydawało jej się, że znalazła się na pokładzie łodzi kołyszącej się na oceanie. Po chwili docierało do niej, że leży przysypana ziemią, i przyśpieszała ruchy, wkładała w nie więcej siły, by zaraz ponownie kołysać się na łodzi.
Próbowała liczyć:
– Raz Missisipi, dwa Missisipi, trzy Missisipi…
Chwyciły ją skurcze w nogach. Poczuła skurcz żołądka. Całe ciało napięło się do granic wytrzymałości. Zmusiła się do zamarcia w bezruchu na kilka sekund. Przerwa przyniosła niemal tyle samo bólu co wysiłek. Kwas mlekowy zalał wyczerpane mięśnie. Żołądek podszedł do gardła. Miała wrażenie, że zamiast kręgosłupa ma ciasno skręcone śruby, od których promienieje przeszywający ból do szyi i nóg. Każdy oddech zostawał jej w dłoniach niczym uwięziony w klatce ptak.
Charlie podczas tamtego śniadania przeczytała jeszcze:
Istnieje pięćdziesiąt procent szans na przeżycie, ale tylko pod warunkiem, że ofiara zostanie odnaleziona w ciągu godziny.




admin
Dodał admin Październik 10, 2017 16:36